|
|
|
Żyjmy bezpiecznie w zdrowym środowisku 9/2010
Posprzątać region
W niczym nie jesteśmy takimi mistrzami, jak w produkowaniu śmieci. Przeciętny
Kowalski wytwarza ich rocznie, bagatela, 250 do 340 kg. Eksperci ochrony środowiska biją na alarm — Polska nie
potrafi poradzić sobie z problemem odpadów komunalnych. Ponad 1,5 miliona ton rocznie, a więc blisko 10 procent
polskich śmieci, powstaje w województwie śląskim. W tym niechlubnym rankingu wyprzedza nas tylko Mazowsze. W czołówce
"śmieciowych gigantów" znalazły się Katowice, Bytom, Gliwice, Sosnowiec i Częstochowa.
Ekologiczny okrągły stół
10 czerwca w Media Centrum, sosnowieckiej siedzibie "Polski Dziennika
Zachodniego", odbyła się I Debata Śląskiej Akademii Ekologicznej. Data spotkania nie była przypadkowa,
5 czerwca przypadał Światowy Dzień Środowiska, nieprzypadkowy był również temat —problem gospodarki odpadami w Polsce.
Patronat nad wydarzeniem objął przewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Jerzy Buzek. Zorganizowane z inicjatywy
WFOŚiGW w Katowicach i redakcji spotkanie wpisało się w zainicjowaną przez Ministerstwo Środowiska kampanię zmierzającą
do gruntownych zmian w przepisach dotyczących gospodarki odpadami.
Bomba z opóźnionym zapłonem
Tak można powiedzieć o górach śmieci, zalegających legalne i nielegalne wysypiska w całym regionie. To najważniejsza
kwestia ekologiczna na dziś. Dostosowanie naszej gospodarki odpadami do standardów europejskich to nie tylko wymóg,
to już konieczność. — Jeśli nic się nie zmieni, w niedalekiej perspektywie czeka nas sytuacja jak w Neapolu, czyli
wysyp śmieci na ulice - mówił podczas debaty Witold Naturski, członek zespołu doradców przewodniczącego Parlamentu
Europejskiego Jerzego Buzka, referując europejskie doświadczenia w zakresie regulowania problemów związanych z
odpadami komunalnymi. Dyrektywa UE nakazuje, by do końca roku na składowiska trafiało 75 procent masy odpadów
komunalnych, tymczasem składujemy ich wciąż za dużo, bo aż 95 procent. W ciągu dekady odsetek ten musi spaść do 35
procent. Znaczna część śmieci ląduje w lasach, a to, co odbierają śmieciarki, w 90 procent trafia na wysypiska.
Tymczasem w Szwecji na wysypiskach znajduje się 3 do 4 procent, a reszta podlega recyklingowi lub jest spalana. Co
zrobić, by uniknąć ekologicznej katastrofy? Można albo budować nowe składowiska, albo ograniczyć ilość odpadów
trafiających na te już istniejące. I właśnie to drugie rozwiązanie postuluje Unia Europejska. Dyrektywy wspólnotowe
nakazują, by jeszcze w 2010 roku zmniejszyć o jedną czwartą (w stosunku do roku 1995) ilość trafiających na
składowiska odpadów biodegradowalnych.
Będziemy płacić
— Nie uda się nam wywiązać z tych zobowiązań. Jak tak dalej pójdzie, będziemy płacić 200 tysięcy euro dziennie —
ostrzegał podczas debaty Bernard Blaszczyk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska. Przedstawiciele resortu
środowiska liczą jednak, że Komisja Europejska da nam szansę, jeśli uda się zrobić coś dla realizacji jej wytycznych.
Stąd pośpiech dotyczący przeforsowania zmian w przepisach, dzięki którym tzw. władztwo śmieciowe zostanie przekazane
samorządom. Wtedy one będą decydowały, gdzie powinny trafiać odbierane od mieszkańców śmieci. Zmiany mają również
umożliwić gminom samodzielne wykonywanie tego zadania w zamian za powszechny podatek śmieciowy. —Dziś również
taka możliwość istnieje, niestety trudniej z jej wykorzystaniem. Przekazywanie gminom władztwa śmieciowego odbywa
się w drodze referendum, a ono zazwyczaj nie ma szans na udany wynik. Stąd nasz postulat, by przekazać prawa do
podjęcia decyzji radzie gminy — argumentował Bernard Blaszczyk. Choć znaliśmy zarówno termin wejścia w życie
unijnych dyrektyw, jak i grożące za niedostosowanie się do nich kary, nie zrobiliśmy wiele, by zmniejszyć odsetek
śmieci trafiających na składowiska. Dlaczego tak się stało?
Przedmiot gry rynkowej
Zdaniem resortu środowiska i odpowiedzialnych za gospodarkę komunalną na szczeblu lokalnym samorządów, winne złej
sytuacji jest niedoskonale prawo. To ono uczyniło z gospodarki odpadami przedmiot rynkowej gry. Decydującym kryterium
jest tu zysk. Realizacja celów ekologicznych schodzi na dalszy plan. Kluczowe znaczenie w kwestii ma zapis, który
właścicielem odpadów czyni ich wytwórcę, a więc każdego z nas. To "prawo własności" wraz ze śmieciami sprzedajemy
firmie odbierającej odpady, a ona pozbywa się ich tam, gdzie najtaniej, czyli na składowisku. Wszystko odbywa się
zgodnie z prawem, ale niestety wbrew założeniom unijnej polityki ekologicznej. W teorii nic nie stoi na przeszkodzie,
by firmy kierowały odbierane od mieszkańców śmieci do sortowni czy kompostowni, problem w tym, że budowa takich
zakładów kosztuje, a na zysk trzeba czekać. Opłaty marszałkowskie za zostawienie śmieci na wysypisku stale rosną,
ale eksperci nie pozostawiają wątpliwości: z ekonomicznego punktu widzenia zawsze bardziej opłacalne będzie wyrzucanie
odpadów na wysypisko niż kierowanie ich do wtórnego wykorzystania. W tym miejscu powraca jak bumerang temat
spalarni.
Historii spalarni ciąg dalszy
Zdecydowana większość naszych śmieci ląduje na składowiskach. Te jednak nie są z gumy. Wystarczy wspomnieć, że
w Planie Gospodarki Odpadami dla woj. śląskiego zakłada się, że na Żywiecczyźnie pojemność składowisk może zostać
osiągnięta jeszcze w tym roku. Na Śląsku Cieszyńskim stało się to już faktem. Za dwa lata podobny los może czekać
powiaty: pszczyński, tyski, mikołow-ski i bieruńsko-lędziński, rok później zawierciański i myszkowski,
a w roku 2016 - okolice Bielska-Białej. Mieszkańcy centralnej części regionu i ziemi częstochowskiej mogą spać
spokojnie. Przynajmniej teoretycznie. Istnieje bowiem możliwość, ze swoje śmieci zaczną nam zwozić sąsiedzi
zza miedzy. Powód: prawo zakazuje co prawda wywozu odpadów komunalnych poza granice województwa, ale w obrębie
regionu mogą one krążyć bez przeszkód. Tymczasem, jak potwierdził podczas debaty wiceminister rozwoju regionalnego
Adam Zdziebło, w ministerstwie czeka 600 milionów złotych przeznaczonych na powstanie w regionie spalarni odpadów.
Jeśli problemu nie stanowią pieniądze, co sprawia, że kwestia budowy śląskich spalarni utknęła w martwym punkcie?
Odpowiedź jest prosta, trzeba zdobyć przyzwolenie społeczeństwa wszystkich czternastu miast Związku, a o to nie
tak znowu łatwo. Należałoby przeprowadzić referendum w tej sprawie we wszystkich gminach Związku jednocześnie. Jak
podkreślał na spotkaniu Leszek Piechota, wiceprezydent Katowic, istnieje narzędzie, by spełnić ten wymóg. Aglomeracja
śląska jest jedną z największych w naszej części Europy i musi rozwiązać problem śmieci. O tym między innymi mówiła
Gabriela Lenartowicz, prezes WFOŚIGW w Katowicach.
Ekonomia, ekologia i Kościół
— Ekologia jest dziś nie tylko "kołem ratunkowym" dla przyrody, ale także "kołem zamachowym" dla gospodarki.
Musimy rozwiązać problem odpadów, rozwiązać go w sposób dla nas jak najlepszy i zasadny ekonomicznie. Trzeba zrobić
coś, abyśmy o ekologii nie mówili tylko przy okazji ekologicznych protestów ??? podkreśliła prezes Lenartowicz. Do
debaty włączył się również Kościół. Obecny na spotkaniu arcybiskup Damian Zimoń, metropolita katowicki, mówił, że do
rozwiązywania istotnych problemów ekologicznych nie wystarczą tylko nowe normy prawne. Wymogiem jest, by towarzyszyło
im wciąż rosnące poczucie odpowiedzialności. Ważna jest rzeczywista zmiana mentalności, skłaniająca ludzi do przyjęcia
nowych stylów życia i wzięcia odpowiedzialności za środowisko i wyzwania stojące przed nami w przyszłości. Cudownego
remedium na problem komunalnych odpadów nie ma. Jeśli chcemy uniknąć wizji piętrzących się gór śmieci,
odpowiedzialność za gospodarkę komunalną należy pozostawić tym, dla których kryterium zysku nie będzie jednym motorem
do działania.
(Anna Karlińska)
|